Zgasnę- jak świeczka
A choroba wypali mnie od środka
Ogniem mej własnej świecy życia
Szuka zrozumienia, a wszyscy patrzą z trwogą
Od dnia narodzin wyciąga rękę ku niebu
Szukając tam Boga, spoglądając ku niemu
Małą rączkę po raz pierwszy w kołysce uniosła
Błękitem swych oczek, liczył chmury, łatając w nich błękitne dziury
To było kiedyś a przeszłość już nie ma znaczenia
Teraźniejszość to czas służący do zmylenia,
bo skoro koleją minutę przeżyła, dlaczego czasem skonania miałaby być następna chwila?!
A na przyszłość nawet nie liczy, w przyszłości widzi jedynie miliony zniczy
I marmurową płytę oraz łez strumienie
Tej choroby już przezwyciężyć nie zdoła
Taka jest jej dola
Urodziła się piętnem naznaczona, a jej dusz została opanowana przez demona
I ból, ten nieskończony rozciągający się po całym ciele
z tym bóle odejdzie, w ostatnim tchnieniu przeprosi że nie była wystarczająco silna by wykonać to, o co ją Bóg poprosił…


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz