poniedziałek, 2 listopada 2009

Spowiedź chorej duszy

Zniknę- jak wszystko 
Zgasnę- jak świeczka 
A choroba wypali mnie od środka 
Ogniem mej własnej świecy życia


Od dnia poczęcia zmaga się z chorobą 
Szuka zrozumienia, a wszyscy patrzą z trwogą
Od dnia narodzin wyciąga rękę ku niebu  
Szukając tam Boga, spoglądając ku niemu
Małą rączkę po raz pierwszy w kołysce uniosła 
Błękitem swych oczek, liczył chmury, łatając w nich błękitne dziury

To było kiedyś a przeszłość już nie ma znaczenia  
Teraźniejszość to czas służący do zmylenia, 
 bo skoro koleją minutę przeżyła, dlaczego czasem skonania miałaby być następna chwila?! 
A na przyszłość nawet nie liczy, w przyszłości widzi jedynie miliony zniczy 
I marmurową płytę oraz łez strumienie 

Tej choroby już przezwyciężyć nie zdoła
Taka jest jej dola 
Urodziła się piętnem naznaczona, a jej dusz została opanowana przez demona 
I ból, ten nieskończony rozciągający się po całym ciele 
 z tym bóle odejdzie, w ostatnim tchnieniu przeprosi że nie była wystarczająco silna by wykonać to, o co ją Bóg poprosił…